W moich dotychczasowych opisach doświadczeń psychodelicznych starałem się przedstawić zakres efektów, z jakimi spotyka się większość użytkowników. Jednak w niektórych przypadkach doświadczenia psychodeliczne mogą stać się bardzo wyjątkowe i osobiste. Miałem niezwykle osobliwą relację z N,N-DMT, która doprowadziła mnie do odkrycia magicznego związku pomiędzy N,N-DMT a duchem wody.
Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z N,N-DMT, szybko stałem się jego entuzjastą i zacząłem palić 5-MeO-DMT lub N,N-DMT dwa albo trzy razy w tygodniu. W ciągu następnych dwóch lat użyłem DMT około stu razy.
Moja naturalna ciekawość skłaniała mnie do przyjmowania psychodelików w możliwie najbardziej różnorodnych miejscach. Brałem je na szczytach Sierra Nevada i nad górskimi jeziorami, na pustkowiach i w skalistych kanionach, w lokalnych parkach i rezerwatach przyrody, nad oceanem, w lasach tropikalnych, w samolotach, a nawet wisząc głową w dół na urządzeniach w parkach rozrywki. Miałem również liczne doświadczenia w najróżniejszych zamkniętych pomieszczeniach.
Biorąc pod uwagę tę skłonność, jest dość niezwykłym zbiegiem okoliczności, że przez kilka pierwszych lat używania DMT ani razu nie paliłem go w pobliżu zbiornika wodnego. To właśnie kontrast pomiędzy takim doświadczeniem a moimi licznymi wcześniejszymi tripami po DMT stał się podstawą odkrycia tego magicznego związku.
Kiedy zacząłem palić N,N-DMT, moje doświadczenia w ciągu pierwszych kilku miesięcy były jasne, pozytywne, przyjemne i za każdym razem otwierały przede mną nowe wymiary. Niektóre elementy pewnych doświadczeń były dość przerażające. Jednak te straszne epizody prowadziły jedynie do głębszego zrozumienia samego siebie oraz sfer, do których wprowadzało mnie DMT.
Po około czterech miesiącach używania zacząłem tracić część więzi, jaką wcześniej odczuwałem z DMT, czemu towarzyszyło zmniejszenie częstotliwości jego używania.
Wkrótce potem pojechałem na wakacje do Arizony z zamiarem przyjmowania psychodelików podczas pieszych wędrówek po kilku pustynnych obszarach. Pierwszy etap mojej podróży zaprowadził mnie w okolice Mt. Lemmon, na południe od Tucson. Miało to być moje pierwsze doświadczenie z paleniem DMT na południowym zachodzie Stanów Zjednoczonych i spodziewałem się czegoś równie magicznego jak podczas moich wcześniejszych pustynnych tripów.
Rezultat okazał się jednak zupełnie inny, niż oczekiwałem, i całkowicie odmienny od wszystkich moich wcześniejszych doświadczeń z DMT. Poczułem głęboki lęk, o którym trudno mówić. Wyczuwałem obecność śmierci, rozpaczy i samotności. Czułem się nawiedzany przez jakieś tajemnicze zło, a słowem, które przyszło mi do głowy jako określenie niepokojącego uczucia pozostawionego przez to doświadczenie, było „upiorne”.
Poczucie „zaczarowania”, które normalnie jest przy DMT zachwycające, stało się czymś złowrogim. Byłem zupełnie zdezorientowany, nie rozumiejąc, jak mogło do tego dojść.
Z Mt. Lemmon pojechałem na południe do Organ Pipe Cactus National Monument. Na tej pięknej „zielonej” pustyni po raz pierwszy przyjąłem ketaminę na świeżym powietrzu. Okazało się to znakomitą podróżą i odkryłem, że otoczenie przenikało do doświadczenia ketaminowego, mimo że praktycznie nie byłem świadomy własnego ciała ani tego, co znajdowało się wokół mnie.
„Trip” następnego dnia obejmował zjedzenie dużego kawałka Trichocereus macrogonus, który przywiozłem ze sobą, oraz niewielkich fragmentów dwóch miejscowych kaktusów: organ pipe cactus i saguaro. O tym ostatnim mówi się, że zawiera psychoaktywne alkaloidy.
Trzecim przystankiem mojej podróży była Sedona, gdzie wybrałem się na wędrówkę po czerwonych skalnych klifach. Nie należę do ludzi, których łatwo zastraszyć doświadczeniem psychodelicznym, więc ponownie spróbowałem zapalić DMT.
To doświadczenie było jeszcze bardziej przerażające niż poprzednie. Ogarnęły mnie groza i przerażenie. I chociaż był to chłodny marcowy wieczór na wysokości około 7000 stóp, moje czoło pokryło się tak obfitym potem, że spływał mi po twarzy, podczas gdy reszta ciała pozostawała sucha.
Słyszałem porównania mówiące o kimś tak przerażonym, że pot występuje mu kroplami na czoło, ale nigdy wcześniej nie wiedziałem, że może się to wydarzyć dosłownie.
Wielki Kanion zostawiłem na ostatnią część podróży, ponieważ wiedziałem, że żaden inny widok nie dorówna jego spektakularnemu pięknu i intensywności.
Kilka lat wcześniej miałem wspaniałe doświadczenie po LSD w Wielkim Kanionie, więc rozpoczynając zejście, przyjąłem kilka porcji kwasu.
Ponownie ogarnął mnie zachwyt, gdy szedłem przez „plac zabaw Boga”, gdzie każda skała zamieniała się w klejnot, a każdy zakręt szlaku odsłaniał kolejny fragment tego niemożliwego dzieła sztuki.
Wewnątrz Kanionu mam wrażenie, że wchodzę w nieliniowy stan czasu. Erozja, która stworzyła kanion, ukazuje ogromną panoramę czasu, a ja doświadczam nieustannie zmieniającego się terenu jako czegoś zawsze żywego, pozostającego w ciągłym stanie przemiany. Formacje, które z jednej perspektywy wydają się martwe, z innej rozpoczynają nową fazę życia.
Muzyka i teksty Hendrixa doskonale oddają nastrój tej chwili.[1]
Niektórzy twierdzą, że LSD jest zbyt chłodne i syntetyczne, aby umożliwić mistyczne doświadczenie natury. Nigdy nie słyszałem tego od nikogo, kto przyjął kwas i wyruszył na wędrówkę do Wielkiego Kanionu, chociaż zauważyłem jeszcze większą synergię, kiedy kilka lat później miałem okazję przyjąć w Kanionie syntetyczną meskalinę.
Po powrocie z Arizony do domu za każdym razem, kiedy paliłem DMT, robiłem to z obawą. Trudno było mi dostać się do sfer, które wcześniej tak bardzo lubiłem odwiedzać pod wpływem DMT. Pomimo determinacji, aby przełamać wszelkie bariery, nie byłem w stanie tego dokonać.
Podczas większości tripów największym osiągnięciem był krótki przebłysk wizji, a poczucie magicznego zaczarowania niemal całkowicie zniknęło. Często miałem wrażenie, że jakaś metafizyczna siła powstrzymuje mnie przed dalszą podróżą, i obecnie wierzę, że rzeczywiście tak musiało być.
Chociaż nadal eksperymentowałem z DMT, wraz ze spadkiem satysfakcji z doświadczeń zmniejszała się również częstotliwość jego używania. Pomiędzy wakacjami w Arizonie a moim doświadczeniem związanym z „wodą”, które nastąpiło ponad rok później, odnotowałem zaledwie 15 tripów po DMT.
Była jasna, chłodna majowa noc podczas nowiu, kiedy moja relacja z DMT uległa zmianie. Dołączyłem do grupy przyjaciół na rejs łodzią w górę rzeki Petaluma, odchodzącej od Zatoki San Francisco.
Nie jestem wielkim miłośnikiem żeglowania i nigdy wcześniej nie tripowałem na łodzi. Większość moich doświadczeń z łodziami pochodziła z wzburzonych wód morza lub zatoki, a myśl o spędzeniu tripu z głową wychyloną za burtę nigdy specjalnie mnie nie pociągała.
Tego wieczoru czekała mnie niespodzianka.
Miałem ze sobą trochę LSD i niewielką ilość DMT. Nie zamierzałem wcześniej przyjmować alkaloidów Harmali i palić wystarczającej ilości DMT, aby uzyskać pełne efekty, ale pomyślałem, że lekkie „muśnięcie” DMT może być dla wszystkich przyjemne.
Płynęliśmy w górę rzeki przez mniej więcej godzinę, po czym rzuciliśmy kotwicę. Mieliśmy dryfować tam przez następne dziewięć godzin pod rozgwieżdżonym niebem, w miejscu, gdzie nurt rzeki płynący w dół mieszał się z przypływami i odpływami Zatoki San Francisco.
Wieczór rozpocząłem od przyjęcia 250 mikrogramów LSD. Przyjęli je niemal wszyscy obecni. Następnie wziąłem porcję ecstasy, ponieważ krążyło wśród uczestników. Kiedy wspomniałem, że przyniosłem trochę DMT, jeden z moich przyjaciół natychmiast wyciągnął zmielone nasiona ruty syryjskiej oraz fajkę.
Palenie niewyekstrahowanej ruty syryjskiej trudno uznać za skuteczny sposób przyswojenia wystarczającej ilości Harmali, aby działała jako wzmacniacz DMT, ale mimo wszystko daje pewien efekt. Zaledwie kilka zaciągnięć się tymi nasionami podczas działania LSD wywołało przyjemne odurzenie. Uznaliśmy również, że niewielka ilość Harmali powinna synergicznie wzmocnić działanie DMT.
Jako pierwszy zaciągnąłem się DMT, prawdopodobnie około 15 mg. Zrobiłem to w kabinie łodzi i zostałem nagrodzony pięknymi, urzekającymi wizjami.
Nie było ani śladu złowrogiej atmosfery, która prześladowała moje ostatnie tripy po DMT. Powróciły natomiast jego bogate i magiczne właściwości.
Nadal nabijałem fajkę niewielkimi ilościami DMT i podawałem ją przyjaciołom. Każdy z nich opisywał swoje doświadczenie jako spokojne i piękne.
Przed drugim zaciągnięciem wyszedłem z kabiny łodzi, gdzie siedziałem wtulony pod kocami z przyjaciółmi, i znalazłem się w rześkim powietrzu na pokładzie.
Planowałem przyjąć drugą porcję, leżąc na dachu łodzi i patrząc w gwiazdy. Jednak jeden z członków naszej grupy właśnie przeżył swoje pierwsze doświadczenie z DMT na pokładzie łodzi. Po wysłuchaniu jego podekscytowanych okrzyków i opowieści o tym, jak „zaczęło się od wzorów na wodzie, potem uniosło się w powietrze, następnie zeszło z gwiazd i połączyło się na niebie…”, postanowiłem przyjąć drugą porcję, patrząc na wodę.
Zapaliłem DMT i efekt był naprawdę magiczny.
Chociaż nie byłem tak odurzony, by stracić kontakt z otoczeniem, doświadczenie miało wszystkie cechy, których szukam w DMT. Głęboki wpływ wody na moje doświadczenie był natychmiast oczywisty.
Nurt, przypływ i wiatr igrające z powierzchnią wody oraz odbite w niej światło nieba były absolutnie hipnotyzujące i urzekające.
Synchronizacja pomiędzy wizjami widzianymi z otwartymi oczami a tymi pojawiającymi się po ich zamknięciu była fenomenalna. Wydawało się, że wzory na powierzchni wody odpowiadają zarówno za te wizje, jak i za głęboko magiczny, harmonijny stan psychiczny i emocjonalny, do którego zostałem przeniesiony.
W tym czasie czytałem True Hallucinations Terence’a McKenny. Książka opisuje jego psychodeliczne przygody w amazońskiej dżungli, z których wiele miało miejsce nad brzegami Amazonki.
Natychmiast przyszło mi do głowy, że rzeka musiała odgrywać ogromną rolę w tworzeniu otoczenia dla jego mistycznych podróży.
Harmonia pomiędzy DMT a rzeką była wyraźnie obecna.
Dopiero dzień później uświadomiłem sobie istnienie magicznego związku pomiędzy DMT a wodą oraz to, że DMT jest najbardziej zgodne z otoczeniem, kiedy używa się go w pobliżu wody.
Co ciekawe, ta wiedza przyszła do mnie nie pod wpływem DMT, lecz podczas tripu po ketaminie i substancji przypominającej 2C-B, przy czym główną rolę odgrywała ketamina.
Zarówno ketamina, jak i N,N-DMT potrafią zabrać mnie do świata, w którym skrzaty i małe baśniowe istoty rozmawiają ze mną, a ja rozumiem język ćwierkających ptaków. Pod wpływem ketaminy często trafiam do tego świata, jeśli łączę ją z psylocybiną lub 2C-B.
To właśnie w takim stanie jedno z tych skrzatopodobnych stworzeń wyszeptało mi do ucha:
„DMT jest rośliną Ducha Wody”.
Oprócz tego „werbalnego” komunikatu elfia istota przekazała mi również myśli, obrazy i wiedzę. Ich istota sprowadzała się do tego, że duch DMT lubi przebywać w pobliżu wody, że DMT częściej obdarza spokojnymi wizjami i doświadczeniami tych, którzy używają go, zachowując tę więź, że DMT nie znosi oddalenia od wody, a ci, którzy używają DMT z dala od niej, często doświadczają jego gniewu.
Jednocześnie z tym przekazem mogłem zobaczyć, w jaki sposób moje własne doświadczenia z DMT wpisywały się w ten schemat. Opisałem już moje doświadczenia z używaniem DMT na pustyni, w miejscach całkowicie pozbawionych wody. Stanowiły one najbardziej negatywne skrajności.
Paliłem jednak DMT również w wilgotnych miejscach. Wyraźnie pamiętam moje dwa tripy po DMT w Hana na Maui.
Pierwsze doświadczenie miało miejsce wieczorem, wewnątrz budynku. Przesuwane drzwi prowadzące na tylne patio były otwarte i do środka docierał przez nie dźwięk strumienia z pluskającymi sadzawkami i wodospadami, płynącego około 30 stóp dalej.
Drugie doświadczenie odbyło się w ciągu dnia na trawniku przed posiadłością. Nadal słyszałem strumień, a gdybym siedział, mógłbym patrzeć na ocean oddalony o mniej niż milę.
Po przyjęciu drugiej porcji położyłem się pod ogromną palmą kokosową, patrząc w górę na jej obfite kiście owoców, podczas gdy światło słoneczne przesączało się przez wielkie, zwisające liście.
Były to dwa z najbardziej błogich, spokojnych i magicznych tripów po DMT, jakie przeżyłem. Przed moimi zamkniętymi powiekami twórcza siła generowała skomplikowane wizje piękna w tempie zbliżającym się do miliarda na sekundę!
Widziałem harmonijne, magicznie naładowane sceny, w których mieszały się natura, rośliny, zwierzęta, duchy, ludzie oraz istoty, które uznałem za dawnych hawajskich bogów.
Pamiętam również kilka doświadczeń z paleniem DMT w domu, kiedy na zewnątrz padał deszcz. Te tripy wyróżniały się spośród innych niezwykle przyjemnym, magicznym charakterem, a elfie energie były wyjątkowo liczne i rozbrykane.
Uderzył mnie również inny dziwny szczegół: przypadkowość miejsc, w których nie paliłem DMT.
Wspomniałem już, jak niezwykłym zbiegiem okoliczności było to, że nigdy nie paliłem DMT w pobliżu wody, biorąc pod uwagę moje zamiłowanie do przyjmowania psychodelików w najróżniejszych naturalnych środowiskach.
Jest to tym dziwniejsze, że mieszkam niedaleko oceanu, a moja codzienna rutyna prowadzi mnie raz lub dwa razy w tygodniu na jogging albo przejażdżkę rowerową wzdłuż plaży.
Istnieją również dwa logiczne wyjaśnienia tej sytuacji.
Po pierwsze, DMT nie jest czymś, czego zwykle używa się publicznie, co zmniejszało prawdopodobieństwo, że zapalę je na miejscowej plaży.
Drugi powód, który szybko odkryłem, jest taki, że przy typowych dla wybrzeża Kalifornii wietrznych warunkach trudno utrzymać płomień zapalniczki, nie mówiąc już o prawidłowym zaciągnięciu się DMT.
Jednak na podstawie wewnętrznych odczuć z moich licznych tripów po DMT mam wrażenie, że coś istniejącego w sferze metafizycznej próbowało nie dopuścić do tego, abym poznał związek DMT z Duchem Wody.
Wydaje się, że te energie czują się w jakiś sposób zagrożone tym, że posiadłem tę wiedzę, a moje odkrycie tej informacji i późniejsze jej rozpowszechnianie oznacza uwolnienie i poruszenie potężnych sił szamańskich.
Rzeczywiście, już pierwszej nocy po dokonaniu tego odkrycia przez całą noc miałem sny, w których walczyłem ze złowrogimi niefizycznymi istotami lub próbowałem je odeprzeć.
Warto również wspomnieć o jeszcze jednej sytuacji, w której nie zapaliłem DMT.
Siedem miesięcy przed moim doświadczeniem z „wodą” wybrałem się z plecakiem do Doliny Śmierci. Chociaż zabrałem ze sobą pejotl, LSD i ketaminę, nie wziąłem DMT.
Mogło to wynikać ze słabej relacji, jaką miałem wówczas z DMT. Ale być może był to rezultat jakiegoś znaku, instynktu lub intuicji, które sprawiły, że nie zabrałem DMT do najbardziej suchego miejsca w kraju.
Inną myślą przekazaną mi przez skrzata było to, że w Amazonii, gdzie rdzenni mieszkańcy używają DMT od tysięcy lat, najczęściej spożywa się je w napoju Ayahuasca.
Inną tradycyjną metodą podawania jest wciąganie przez nos skoncentrowanych tabak zawierających DMT.
Nigdy jednak nie słyszałem o tradycyjnej metodzie, która polegałaby na spalaniu DMT lub przykładaniu do niego płomienia. A przecież niektóre z tradycyjnych preparatów z pewnością wywołałyby silne działanie, gdyby zostały użyte w ten sposób.
Do tego momentu wszystkie moje podróże z DMT odbywały się poprzez palenie, ale wkrótce miało się to zmienić.
Moje odkrycie związku DMT z Duchem Wody nastąpiło niedługo przed wyjazdem na Hawaje. Tam miałem mieć wiele okazji do palenia DMT w miejscach pełnych wodospadów, strumieni, sadzawek i oceanu.
Podczas pobytu na Hawajach dwukrotnie paliłem DMT wzdłuż niezwykłego, pięknego wybrzeża Nā Pali na Kauaʻi.
Spodziewałem się doświadczeń podobnych do tego, które przeżyłem na łodzi. Otrzymałem jednak kolejną lekcję: doświadczeń z DMT nigdy nie można przewidzieć ani zmusić do dopasowania się do naszych oczekiwań.
Energia naturalnego otoczenia często zdaje się wpływać na trip po DMT, a w tym niezwykle intensywnym miejscu było to szczególnie wyraźne.
Przy pierwszej porcji siedziałem nago pośrodku strumienia, na krawędzi wodospadu, ze zwisającymi nogami i wodą przepływającą po moim ciele od pasa w dół.
Zaciągając się, patrzyłem w stronę morza i skupiałem uwagę na strumieniu. Odczucie było spokojne, choć nie była to ta głęboka błogość, której doświadczyłem na łodzi.
Kiedy położyłem się, zanurzając plecy w wodzie, zobaczyłem nad sobą zagajnik drzew koa. Energia tych drzew była ostra i żywa, znacznie bardziej intensywna niż energia jakichkolwiek drzew, w pobliżu których paliłem DMT w Kalifornii.
Energia drzew koa rozbiła odczucia, których doświadczałem, patrząc na wodę, ale była to przyjemna, migocząca intensywność.
Następnie wstałem, odwróciłem się i spojrzałem na majestatyczne góry o jedwabistych zboczach wznoszące się za mną.
Moja reakcja na energię tych gór niemal zwaliła mnie z nóg.
Góry wybrzeża Nā Pali nie przypominają żadnych innych na świecie. Najwyższe opady deszczu na Ziemi wyrzeźbiły te wulkaniczne pozostałości w niemal pionowe, ostre jak brzytwa kontury, pokryte gęstą warstwą tropikalnej roślinności. Wznoszą się na prawie 4000 stóp w niewielkiej odległości od morza.
Podczas mojej wizyty wyglądały jeszcze groźniej niż zwykle. Huragan, który poprzedniej jesieni spustoszył Kauaʻi, zerwał niemal wszystkie liście i gałęzie powyżej wysokości dziesięciu stóp, pozostawiając po sobie tysiące srebrzystych szkieletów drzew.
Widok tych gór wzbudził we mnie lęk.
Nie przed czymś złym, lecz przed czymś tak potężnym i trwałym, że kruchość człowieka stawała się przy tym niezwykle wyraźna.
Aby wyobrazić sobie to uczucie, spróbuj pomyśleć o mrówce znajdującej się pośrodku szarży stada słoni, która nagle uświadamia sobie swoją sytuację.
Następnie próbowałem przenosić wzrok pomiędzy górami a strumieniem. Odkryłem, że woda działała jak siła uziemiająca, nie pozwalając, aby intensywność gór całkowicie mnie przytłoczyła.
Kilka miesięcy później rozpocząłem eksperymenty z doustnie przyjmowanym DMT, które okazały się dla mnie bardzo znaczące.
Jak wspomniałem wcześniej, w kulturach posiadających tradycję szamańską DMT nigdy nie jest palone ani spalane. Wydaje mi się, że DMT ma awersję do ognia.
Może przynosić pozytywne rezultaty osobom, które zaczynają od tej metody albo znają wyłącznie ją. Jednak przynajmniej w moim przypadku ostatecznie doprowadziło mnie do tej preferowanej, starożytnej metody używania.
Przed przyjęciem DMT przyjmuję cztery gramy ruty syryjskiej i czekam, aż zacznie działać inhibicja MAO. Dobre rezultaty uzyskiwałem przy około 160–200 mg DMT.
To znacznie więcej niż potrzeba podczas palenia, ale powoduje doświadczenie trwające od trzech do czterech godzin.
Odkryłem, że najlepiej przyjmować DMT stopniowo przez około pół godziny, dzięki czemu odurzenie narasta łagodniej.
W przypadku palonego DMT nagły „błysk” jest częścią jego legendarnego działania. Stopniowe wejście pozwala jednak doświadczeniu rozwijać się bardziej naturalnie, podobnie jak w przypadku LSD, grzybów, meskaliny czy napoju Ayahuasca.
Treść doświadczenia po doustnie przyjętym DMT znacznie różni się od tradycyjnych psychodelików.
Po pierwszym takim doświadczeniu pozostało we mnie przekonanie, że jest to coś głębokiego i poważnego, przy czym LSD i grzyby wydawały się wręcz dziecinną zabawą.
Doświadczenie ma tendencję do rozwijania się przede mną, a ja muszę zachowywać wyjątkową czujność, aby zrozumieć przekazywane mi wiadomości.
Sceny są bogate, żywe, naładowane emocjonalnie oraz pełne symboli i archetypowych obrazów, które wydają się przepełnione głębokim znaczeniem.
Obrazy rozwijają się wolniej niż podczas „błysku” wywołanego palonym DMT. Odkryłem, że pozwala mi to pełniej przyswajać ich treść.
Po doustnie przyjętym DMT miałem wizje dorównujące wizjom ketaminowym pod względem ogromu i kosmicznego charakteru.
Jednocześnie wizje DMT miały stopień realizmu, z jakim nigdy wcześniej się nie spotkałem.
Obrazy były tak realne, tak żywe, namacalne i materialne, że niemal mogłem ich posmakować. Prawie czułem, że mógłbym sięgnąć do ich wymiaru i fizycznie ich dotknąć.
Czasami miałem wrażenie, że jestem widzem oglądającym przedstawienie wielkiego uniwersalnego teatru. Innym razem istoty obecne w wizjach były doskonale świadome mojej obecności i potrafiły przechodzić metamorfozy jako sposób komunikowania się ze mną.
Żartobliwa, elfia paplanina towarzysząca wielu tripom po palonym DMT była również obecna podczas tych podróży.
Pod niemal każdym względem te tripy po doustnie przyjętym DMT przewyższały moje doświadczenia z palonym DMT.
Aby dowiedzieć się, czy DMT działa podobnie na innych ludzi, kiedy jest używane w pobliżu wody, przeprowadziłem rozmowy z przyjaciółmi, którzy używali DMT wielokrotnie.
Odkryłem, że większość z nich w ogóle nie używała DMT na świeżym powietrzu, a tylko nieliczni robili to w pobliżu wody lub na pustyni.
Żadna z tych osób nie wiedziała, czego szukam, pytając o ich doświadczenia z DMT w różnych naturalnych środowiskach.
Mimo to około 75% osób, które używały DMT w pobliżu wody, stwierdziło, że właśnie w takim otoczeniu przeżyły jedne ze swoich najgłębszych tripów.
U kilku osób, które nie paliły DMT w pobliżu wody, woda również odgrywała ważną rolę w doświadczeniu.
Jedyna osoba, która paliła DMT na pustyni, rozpoczęła potężną szamańską podróż, ale musiała się z niej wycofać, gdy wzrosły intensywność i strach, że nie będzie w stanie jej znieść.
Kilka osób opisywało również doświadczenia zbyt intensywne, aby mogły być przyjemne, kiedy używały DMT w obecności ognia.
Od czasu odkrycia tego związku dużo myślałem o jego możliwych zastosowaniach.
Najbardziej oczywistym zastosowaniem jest wykorzystanie tej wiedzy przez osoby palące DMT w celu zwiększenia szans na pozytywne doświadczenie.
Być może pozwoli to użytkownikom DMT uzyskać bardziej niezawodny dostęp do jego magicznych aspektów i poprzez rozwijanie tego sojuszu wejść do świata szamańskiego.
Jednak od czasu uświadomienia sobie tego związku mam poczucie, że do opanowania doświadczenia DMT wciąż pozostaje wiele kroków, a być może jest to coś, nad czym nigdy nie można naprawdę uzyskać pełnej kontroli.
Być może jest to jeden z etapów ponownego nawiązywania przez ludzkość relacji z DMT.
Możliwe, że znajdujemy się w punkcie zwrotnym, w którym DMT wyjdzie z cienia i stanie się psychodelikiem należącym do głównego nurtu.
Jestem również ciekaw, co nauka odkryje w związku z tą teorią.
Ponieważ DMT normalnie występuje w ludzkim mózgu, krwi i płynie mózgowo-rdzeniowym, interesujące byłoby sprawdzenie, jak zmienia się jego poziom u ludzi mieszkających w suchych lub wilgotnych rejonach albo podróżujących pomiędzy takimi obszarami.
Chciałbym również zobaczyć, jak DMT jest metabolizowane przez mózg i ciało w różnych klimatach. Podejrzewam, że występowałyby różnice.
Innym interesującym badaniem byłoby sporządzenie mapy licznych roślin zawierających DMT na całym świecie.
O ile mi wiadomo, większość tych roślin rośnie na obszarach obfitujących w wodę, jednak badanie przeprowadzone przez doświadczonego botanika pozwoliłoby wyciągnąć pewniejsze wnioski.
A z perspektywy kulturowej: czy którakolwiek z rdzennych społeczności używających DMT dostrzega związek pomiędzy DMT a wodą? Czy związek ten występuje w ich rytuałach i praktykach?
Zastanawiałem się również, czy DMT nie jest jednym z elementów jakiejś alchemicznej formuły.
Jeżeli DMT odpowiada wodzie, czy możliwe jest, że inne substancje odpowiadają ziemi, powietrzu i ogniowi?
I czy połączenie tych substancji doprowadziłoby człowieka do „ostatecznego stanu świadomości”?
Jeżeli tak, istnieje wielu możliwych kandydatów na pozostałe substancje.
Czy grzyby psylocybinowe mogłyby być Duchem Ziemi? Co stałoby się, gdyby psylocybinę zabrać z dala od ziemi, na przykład na pokład promu kosmicznego albo samolotu?
Alkaloidy Harmali są tutaj również ważnym czynnikiem.
Powinienem zaznaczyć, że opisywany przeze mnie związek istnieje pomiędzy N,N-DMT a wodą. Obecnie nie potrafię powiedzieć, czy podobny związek istnieje w przypadku 5-MeO-DMT.
Ponadto praktycznie wszystkie moje doświadczenia z N,N-DMT odbywały się w połączeniu z alkaloidami Harmali.
Jednym z kierunków moich przyszłych badań będzie dalsze używanie psychodelików w różnych miejscach. Będę poszukiwał wyraźnych różnic pomiędzy doświadczeniami wywoływanymi w odmiennych środowiskach.
W przeszłości koncentrowałem się na połączeniach, w których spodziewałem się pozytywnej synergii. Często oznaczało to naturalne środowisko substancji, którą przyjmowałem, na przykład używanie kaktusa na pustyni albo grzybów w lesie.
Nie wypróbowałem jeszcze wielu przeciwnych zestawień, takich jak grzyby na pustyni czy kaktus na pokrytych śniegiem górskich szczytach.
Jak dotąd jednak DMT jest jedynym psychodelikiem, który dawał niezwykle pozytywne rezultaty w jednym naturalnym środowisku i równie negatywne rezultaty w środowisku będącym jego przeciwieństwem.
Od czasu uświadomienia sobie tego związku moja relacja z DMT stała się zdecydowanie pozytywna.
Czuję, że mam teraz sprzymierzeńca w wyprawach do tego fascynującego świata nieznanego.
1. Fragment tekstu utworu Voodoo Chile Jimiego Hendrixa z albumu Electric Ladyland.
